czwartek, 26 kwietnia 2012

1 rozdział

Co za patologia... Większość wulgarnych  gestów znałam już za czasów  podstawówki, także nie była to nowość. Niby normalne liceum, ale z ponad 400 potworami, brutalami.... Masochistami, narkomanami, i psychicznie chorymi ludźmi. Nawet nauczyciele byli tacy sami ja oni...  Chociaż był jeden chłopak... Ale. Nie. A może ?  Nie on był TAKI SAM JAK ONI.  Jestem ciągle poniżana, wyśmiewana, prześladowana, bo jestem INNA.Nikt Nigdy nie zostawił mnie w spokoju.  Nikt nie podała mi nigdy ręki, gdy upadłam. Nikt nigdy nie pogratulował sukcesu.  Nigdy nikt nie rozmawiał jak dobry znajomy.  Chociaż nie byłam nowa, bo przyszłam tu od rozpoczęcia roku 1 klasy liceum, wszyscy od początku odwrócili się ode mnie.  Może nie byłam przyjemnym typem, ale oni tym bardziej. Bałam się. Nawet tego by powiedzieć komuś "Cześć". Nawet bałam się przejeżdżać obok szkoły. Tak, mówię to ja, osoba, która była zawsze silna psychicznie, niczego nigdy się nie bała, i to raczej  jej bali się ludzie...
                                                                                  ****

Pierwszy dzień wiosny. Dawno w Londynie nie była  tak przyjemnie. Słońce przygrzewało  twarze. Ostatni dzwonek zadzwonił, wstałam szybko z krzesła i wybiegła z klasy jako pierwsza, a później ze szkoły również jako pierwsza.  Gdy wyszłam już poza jej teren, biegłam bardzo szybko, aż do skrzyżowania, które znajdowało się 500m. dalej. Mieszkałam w innej dzielnicy nisz wszyscy, dalszej. Oddalona była od szkoły o jakieś 5 km. Nigdy nikt nie szedł w te stronę, ponieważ wszyscy mieszkali na południu miasta, około 30 min. na piechotę najwięcej.   Stanęłam, przy drzewie i dopiero teraz zdjęłam kurtkę, a założyłam lekki sweter. Słuchawki w uszy i jeden łyk wody. Byłam gotowa aby  wyruszyć  do domu. Ale najważniejsze było to, że  nie bałam już się. Mój krok był spokojny, w miarę szybki.  Mijali mnie ludzie. Samochody i wariaci na motorach. Po chwili zorientowałam się, że nie włączyłam, żadnej piosenki.  Włączyłam  swoją ulubioną piosenkę Mirror. Szłam. Było bardzo ciepło. Wiatr rozwiewał mi włosy we wszystkie strony. Wreszcie dotarłam do domu. Piękny dom porośnięty zielonym bluszczem. Z tyłu piękny ogród. Cały zielony. Otworzyłam drzwi. Rzuciłam buty w kąt i weszłam po skrzypiących schodach. Nalałam sobie wody i wyszłam na balkon nie wyjmując z uszu słuchawek. Nikogo nie było w domu. Z resztą jak zwykle. Ojciec zapracowany. Mama nie żyła.  Siostra... ehh. Była młodsza chodziła do gimnazjum. Wredna osóbka, najpopularniejsza  w szkole zarówno jak i  w rodzinie. Nienawdziłam jej, ale jednocześnie kochałam. Nie dopuszczę do tego by spotkało ją w życiu to samo co mnie. Za śmierć matki obwiniałam siebie. 

Prolog

Stałam. Nie myślałam o niczym. Patrzyłam w  dół. Na tory. Słońce przygrzewało mi twarz, a wiatr robił mi bałagan na głowie. Było mi chłodno, ale nie na tyle, żeby ubrać coś jeszcze na siebie. Było popołudnie, samochody jeździły jak oszalałe, za mną przechodzili szybko zdenerwowani ludzie. Mnie nic nie  obchodziło. Wiatr podwiewał mi lekką, biała, bawełnianą koszule. Oparta byłam o barierki, moje nogi unosiły się nad ziemią. Dopóki nie dotykały betonu czułam się jakbym była w innym świecie. Do czasu.... Kiedy ich zobaczyłam...
-Po co oni tu przyszli ?  Znowu wszystko psują, mogli by zostawiać mnie chociaż po szkole w spokoju!- szeptałam sobie pod nosem. Ale on też tam był.. Czułam coś co nigdy nie  było we mnie na tyle silne, żeby to z siebie wydusić. To było jak...